BDO Spółki Giełdowe nr 3 (16) Marzec 2010
A A A
Carry-trade – ważny element globalnej układanki(Autor: Marek Rogalski, Źródło: Pieniądze & Inwestycje)
Strategia spekulacyjna - carry-trade, która, najogólniej rzecz biorąc, wykorzystuje spore różnice w poziomie stóp procentowych między poszczególnymi krajami, na tyle zyskała na popularności w ostatnich latach, że wzbudza zainteresowanie nie tylko inwestorów, lecz także polityków. Ma ona coraz większe znaczenie dla koniunktury na rynkach wschodzących i surowców. Dowiedz się zatem, na czym polega.
Carry-trade w wielkim uproszczeniu polega na wyszukiwaniu państw (obszarów), które utrzymują niskie stopy procentowe i posiadają płynny kurs walutowy. Fundusze zaciągają niskooprocentowane pożyczki w lokalnej walucie, po czym ją sprzedają, inwestując w inne aktywa, które dają wyższy procent. Mogą to być waluty krajów, które utrzymują wysokie stopy procentowe (albo są w trakcie takiego cyklu), ale też rynki akcji czy surowców. Słowem, wszystko co jest odpowiednio płynne i daje perspektywę większego zarobku. Dodatkowym zyskiem jest osłabienie waluty, w której zawarta jest pożyczka. W takiej sytuacji mamy do oddania nominalnie mniej, niż pożyczyliśmy - w efekcie realna stopa procentowa takiej operacji jest ujemna.
W ostatnich latach do tzw. funding currency, czyli walut finansujących operacje carry-trade, należały japoński jen i szwajcarski frank, a w 2009 r. do tego grona dołączył amerykański dolar. Inwestorzy ze strefy euro, którzy pożyczyli dolary przy stopie procentowej wynoszącej poniżej 1% i kursie 1,2450 euro za dolara na wiosnę 2009 r., już w końcu minionego roku sporo na tym zarobili. Stopa procentowa nie uległa zmianie, ale dolar znacząco osłabił się względem głównych walut. Kurs EUR/USD wzrósł z 1,2450 do ok. 1,4450, czyli o 16%. Realna stopa takiej pożyczki mogła zatem wynosić - 15%. Nic więc dziwnego, że zagraniczni inwestorzy potraktowali ten mechanizm jak finansowe „perpetuum mobile".
Słowem, nic prostszego, pożyczyć dolary, sprzedać je, kupując za to chociażby złotówki. Wiele analiz zagranicznych banków wskazuje przecież, że nasza waluta jest niedowartościowana, a polska gospodarka uniknęła zawirowań będących skutkiem globalnego kryzysu.
Czy wiesz, że... ...mechanizm carry-trade stał się jedną z przyczyn hossy na rynkach w końcu 2009 r. Inwestorzy wykorzystali też obserwowaną nadpłynność w systemie bankowym, będącą wynikiem wpompowania setek miliardów dolarów przez rządy i banki centralne, które miały służyć ratowaniu będących w poważnych tarapatach gospodarek.
W efekcie zwyżki cen akcji, surowców, a także części walut rynków wschodzących (jak np. brazylijskiego reala) mogły być nadmierne. Zachodziło podejrzenie, iż mamy do czynienia z tworzeniem się nowej bańki spekulacyjnej - następuje ona wtedy, kiedy skala wzrostów nie znajduje potwierdzenia w perspektywach gospodarczych. Zwracała na to uwagę część ekonomistów, w tym prof. Nouriel Roubini.
Ich zdaniem carry-trade może też prowadzić do reakcji łańcuchowej, która jest trudna do oszacowania - gdyż nikt nie bada dokładnie, jaki jest dzienny, globalny wolumen obrotu walutami, a także jaki procent takich operacji jest firmowany przez fundusze hedgingowe z rajów podatkowych, które są nastawione na szybką spekulację. Na szczęście rynki czasami potrafią samodzielnie zlikwidować pewną nierównowagę. W pierwszej połowie grudnia światło dzienne ujrzały negatywne informacje na temat Grecji, które stopniowo prowadziły do coraz większego wzrostu globalnej awersji do ryzyka (inwestorzy zaczęli sami redukować, ich zdaniem, zbyt ryzykowne i lewarowane z użyciem dźwigni finansowej, pozycje).
Bezpośrednim efektem greckich problemów była silna przecena euro, ale nie tylko. Na wartości straciły też inne waluty, które wcześniej były w tzw. koszyku carry-trade, czyli australijski i nowozelandzki dolar czy też brytyjski funt. Później doszły do tego inne czynniki, jak obawy przed schładzaniem chińskiej gospodarki, które wyraźniej pociągnęły w dół surowce, a także pewne rozczarowanie inwestorów wynikami amerykańskich spółek za IV kwartał, co stało się pretekstem do rozpoczęcia poważniejszej korekty na giełdach w drugiej połowie stycznia br.
Niemniej mechanizm carry-trade będzie istniał zawsze, gdyż jest on dzieckiem globalizacji rynków finansowych. Łatwość przepływu ogromnych kapitałów będzie stwarzać pokusę wykorzystania nierównowagi w poziomie stóp procentowych dla osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków, mimo że zgodnie z prawidłami starej ekonomii w dłuższym okresie nie powinna ona nastąpić.
Spekulacja to jednak domena tych, którzy myślą krótkookresowo. Naturalną przeszkodą dla tego procederu będzie jedynie cykl koniunkturalny, jaki jest widoczny w światowych gospodarkach. Jeżeli nastroje są fatalne, to inwestorzy nie chcą ryzykować i carry-trade nie jest stosowany; jeśli zaś klimat zaczyna się poprawiać, to automatycznie rośnie chęć do spekulacji, czyli fachowo mówiąc - spada globalna awersja do ryzyka.
Przykład Przykładem stosowania strategii carry-trade są notowania EUR/PLN w latach 2004-2008. Wejście Polski do Unii Europejskiej było sygnałem, że prędzej czy później będziemy musieli przyjąć euro. Rozpoczęła się gra „pod" konwergencję, dodatkowo wspierana przez wzrostowy cykl gospodarczy na świecie (w tym też w Polsce). Zagraniczne fundusze od razu wykorzystały do tego strategie carry-trade, finansując się przez japońskiego jena. Za otrzymane środki kupowano złotówki, a także polskie papiery skarbowe, które były znacznie wyżej oprocentowane od tych w strefie euro. Zysk był zatem podwójny. Oczywiście do czasu. Zawirowania na jesieni 2008 r., związane z upadkiem amerykańskiego banku Lehman Brothers, doprowadziły do ucieczki z carry-trade, która skończyła się osłabieniem złotego.
Wykres miesięczny EUR/PLN w ujęciu świecowym (lata 2002-2010)
Samodzielnie inwestor nie jest w stanie użyć tej strategii. Warto jednak obserwować carry-trade jako ważny element globalnej układanki. Możesz bowiem zarabiać na generowanych przez nią trendach, jeżeli zainteresujesz się czynnikami makroekonomicznymi, które warunkują zachowanie się rynków, a nie tylko samym wyglądem wykresu. Marek Rogalski analityk Domu Maklerskiego BOŚ << powrót zobacz także artykuły |
|
|||||||||||||||||||||||