BDO Spółki Giełdowe nr 3 (16) Marzec 2010

A   A   A

Terapia: złamać oligarchię finansową

(Autor: Simon Johnson, Źródło: Gazeta Bankowa)

 

Naga prawda o kryzysie jest bardzo nieprzyjemna dla USA

 

Najbardziej alarmujące jest to, że sektor finansowy praktycznie przejął kontrolę nad rządem - co jest sytuacją typową dla opisu państw rozwijających się. Gdyby personel MFW mógł mówić bardziej otwarcie o sytuacji w USA, powiedziałby: nie będzie powrotu do zdrowia, dopóki nie złamiecie finansowej oligarchii, która blokuje prawdziwe reformy. Jeśli chcemy zapobiec prawdziwej depresji, musimy się pospieszyć.

Amerykański sektor finansowy jest przerośnięty, pochłania zbyt dużą część zysków i jest zbyt powiązany z establishmentem politycznym. A przecież nie jest to immanentna cecha rynku - nie zawsze tak było. Nie ma innego wyjścia: trzeba złamać siłę oligarchii finansowej.

 

* * *

 

Jeśli pracujesz w MFW, to szybko nauczysz się tego: nie jesteś darzony sympatią. Twoi klienci przychodzą dopiero wtedy, kiedy prywatny kapitał odszedł, partnerzy w regionie nie mogą już rzucić liny ratunkowej i ostatnia próba pożyczenia od tak silnych przyjaciół, jak Chiny czy UE spaliła na panewce.

Dlaczego MFW nie jest lubiany? Dlatego, że jeżeli klienci znajdujący się w kryzysie szukają w MFW ostatniej deski ratunku, w wypadku pozytywnej decyzji o pomocy zawsze słyszą: muszą być spełnione określone warunki.

A każdy kryzys jest inny. Ukraina walczyła z inflacją w 1994 r. Rosja desperacko potrzebowała pomocy, kiedy schemat rolowania krótkiego długu zawiódł w lecie 1998 r. Rupia indonezyjska zanurkowała w 1997 r. prawie zrównując z ziemią sektor korporacji. W tym samym roku załamał się w Korei Płd. gospodarczy cud trwający blisko 30 lat i zagraniczne banki z dnia na dzień odmówiły kontynuowania kredytu.

 

Wymienione kryzysy - acz różne - mają jeden zasmucająco wspólny mianownik. Każdy z wymienionych krajów potrzebował pożyczek, ale też każdy wymagał dużego programu naprawczego - żeby udzielone pożyczki nie zostały zmarnowane. Prawie zawsze kraje w kryzysie muszą - po „okresie rozpasania" - nauczyć się żyć skromniej: eksport musi wzrosnąć, import spaść i trzeba to zrobić w czasie najgorszej recesji. Naturalnie ekonomiści MFW spędzają dużo czasu przedstawiając parametry polityki - budżet, podaż pieniądza i tak dalej - w danej sytuacji. Ale rzadko udaje się uzgodnić rozwiązanie ekonomiczne bez ciężkiej pracy. Prawdziwym problemem dla grupy pracujących ekonomistów - i największą przeszkodą - jest prawie zawsze polityka, którą kraj kontynuuje w kryzysie. Zazwyczaj kraje znajdują się w desperackiej sytuacji ekonomicznej z prostego powodu: dominujące elity w tzw. dobrych czasach przeholowały i podjęły zbyt duże ryzyko. Rządy państw rozwijających się, wespół z dystyngowanymi oligarchami sektora prywatnego, rządziły krajem jak prywatną spółką, której są głównymi udziałowcami.

 

Gdy gospodarka takich krajów, jak Korea Płd., Indonezja czy Rosja pnie się w górę, rosną też ambicje kapitanów biznesu. Podejmując nadmierne ryzyko kalkulują, że w przypadku niepowodzenia, dzięki politycznym koneksjom, zazwyczaj każdy poważny problem uda się zrzucić na barki rządu. Dzisiaj w Rosji sektor prywatny ma poważne kłopoty, gdyż w ciągu ostatnich pięciu lat zapożyczył się w międzynarodowych bankach na kwotę - bagatela - 490 mld dolarów. Oligarchowie założyli, że krajowy sektor energetyczny zapewni w gospodarce permanentny wzrost konsumpcji i w związku z tym... wydali pożyczony kapitał na przejęcie innych spółek. Liczyli, że w kraju nastąpi wzrost zatrudnienia, co w konsekwencji spowoduje wzrost ich pozycji w oczach Kremla. A większe polityczne poparcie oznacza lepszy dostęp do lukratywnych kontraktów, zwolnień podatkowych, subsydiów. Zagraniczni inwestorzy też będą bardziej zadowoleni: wolą wszak pożyczać pieniądze tym, którzy mają większe poparcie swojego rządu - nawet jeśli to poparcie pachnie trochę korupcją.

 

W warunkach takiego uprzywilejowania oligarchowie znajdują się w końcu w ślepym zaułku: marnują pieniądze budując wielkie przemysłowe imperia na górze długów. Lokalne banki, często pod presją rządów, dostarczają kredytu elitom i tym, którzy od elit zależą. Jednak wcześniej czy później warunki kredytu stają się trudniejsze i nikt nie chce już pożyczyć pieniędzy. Ta spirala spadku staje się coraz bardziej stroma, „przerośnięte" firmy zaczynają chwiać się na krawędzi upadku, a lokalne banki - bankrutować. Wczorajsze „partnerstwo publiczno-prywatne" zaczyna być coraz częściej nazywane „kapitalizmem kolesiów". Kondycja firmy bez kredytu staje się coraz gorsza. Rząd jest naciskany, żeby wydać swoje rezerwy walutowe, zapłacić za import, obsługę długu i pokryć prywatne straty. Ale te rezerwy już się wyczerpały.

 

Rząd zagrożony upustem krwi (waluty) będzie musiał poświęcić któregoś z oligarchów i zrestrukturyzować system bankowy. Ale są to zazwyczaj decyzje jednostkowe i większość oligarchów ustawia się na początku kolejki po pomoc, taką jak preferencyjny dostęp do zagranicznych walut, zwolnienia podatkowe lub składa aplikacje do rządu, żeby wykupił prywatne długi. W ciężkich warunkach kryzysu oligarchowie szukają dojść do starych przyjaciół i te podchody przybierają różne „innowacyjne" formy. W tym czasie rząd musi podjąć jakieś bardziej radykalne oszczędnościowe kroki - w większości przypadków, w krajach rozwijających się, nie obejmują one oligarchów, tylko zwykłych obywateli. Chyba że grożą duże zamieszki...

Sztab MFW patrzy w oczy ministra finansów kraju wyciągającego ręce po pomoc i decyduje, czy rząd już dojrzał do męskich decyzji.

 

Fundusz przyzna pożyczkę takiemu krajowi jak Rosja, ale wcześniej musi mieć pewność, że premier Putin jest gotów. Że chce i może być twardy dla niektórych ze swoich przyjaciół. Bo jeśli nie jest gotów rzucić niektórych kumpli wilkom na pożarcie, to fundusz może zaczekać. A kiedy jest już gotów - fundusz jest także gotów do pewnych sugestii, szczególnie dotyczących uchwycenia kontroli nad sektorem bankowym i oddania go w bardziej kompetentne ręce.

Oczywiście opuszczeni przez Putina przyjaciele nie pozostaną bierni. Będą walczyć, zmobilizują stronników, zaczną wywierać presję na innych członków gabinetu. W ekstremalnych przypadkach zaczną szukać własnych kontaktów politycznych z amerykańskim establishmentem - jak zdarzyło się to na Ukrainie w późnych latach 90.

 

Wiele programów MFW „wypadło z szyn", ponieważ rząd nie był dostatecznie twardy. Program „wraca na szyny", kiedy rząd okaże się silniejszy lub oligarchowie sami pomiędzy sobą wyznaczą, kto będzie rządził pod dyktando MFW. Taka walka odbyła się w Tajlandii i Indonezji w 1997 r. pomiędzy najzamożniejszymi rodzinami. W Tajlandii odbyło się to względnie gładko, w Indonezji skończyło się upadkiem Suharto i ekonomicznym chaosem.

Długoletnie doświadczenia MFW wskazują, że pomocowy program może doprowadzić do stabilizacji i rozpoczęcia wzrostu tylko wtedy, gdy przynajmniej niektórzy oligarchowie, którzy doprowadzili do chaosu, znikną.

 

USA jak republika bananowa

 

Szybkość i głębokość finansowego i ekonomicznego kryzysu w USA przypomina sytuację, którą ostatnio oglądaliśmy na rynkach rozwijających się - w Korei Płd. (1997), Malezji (1998), Rosji i Argentynie. W każdym z wymienionych przypadków inwestorzy na globalnych rynkach obawiali się, że kraj, lub jego sektor finansowy, nie będą w stanie spłacić monumentalnego długu i nagle dopływ pożyczek się załamie. W dodatku lęk przed owym zagrożeniem przyspieszył proces i spowodował reakcję łańcuchową. Tak właśnie stało się z Lehman Brothers, kiedy to wyschnięcie rynku finansowego nastąpiło w ciągu doby. I podobnie jak w kryzysie na rozwijających się rynkach, osłabienie sektora bankowego szybko uderzyło w resztę gospodarki powodując ciężkie zaostrzenie warunków finansowania i trudności dla milionów rodzin.

 

Jest jednak głębszy i bardziej niepokojący problem. Elity amerykańskiego biznesu i finansów, które odegrały centralną rolę w kreacji kryzysu, prowadząc swoją grę z cichym poparciem rządu, teraz używają swojego wpływu, żeby zapobiec tego rodzaju reformom, które są konieczne i powinny być szybko przeprowadzone. A rząd, jak na razie, wydaje się bezbronny lub niechętny, żeby temu przeciwdziałać.

 

Czołowi bankierzy inwestycyjni i przedstawiciele rządu zrzucają winę na zaniżanie stopy procentowej, podobnie jak po kryzysie „bąbla internetowego", lub na zastopowanie dolara przez napływ oszczędności z Chin. Niektórzy z prawej strony obwiniają Fannie Mae i Freddie Mac lub dłużej utrzymujące się promowanie ułatwień kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych. Opinie takie prezentowane są jako aksjomat: regulatorzy i nadzorcy odpowiedzialni za bezpieczeństwo i zdrowie rynku zaspali za kierownicą.

A przecież „lekka" regulacja, tani pieniądz, niepisany chińsko-amerykański alians, promocja kredytów mieszkaniowych dla uboższych - to wszystko było już wcześniej bez dramatycznych konsekwencji. Zmiana polityki, która mogłaby zapobiec kryzysowi, musiałaby prowadzić do ograniczeń zysku sektora finansowego. A tej nie podjęto, tak jak słynnej inicjatywy Brookley Bornsa z roku 1998 dotyczącej uregulowania CDS (credit default swaps), którą zignorowano.

Sektor finansowy nigdy wcześniej nie był tak potężny i nie cieszył się tak dobrym traktowaniem. Jego boom zaczął się za prezydentury Ronalda Reagana i tylko zyskał na deregulacyjnej polityce rządu Clintona i George'a W. Busha. Kilka innych czynników pomogło rozpalić ogień pod kotłem sektora finansowego. Polityka Paula Volckera lat 80. i rosnąca zmienność stopy procentowej towarzyszyła temu wzrostowi, czyniąc inwestycje w bony skarbowe bardziej lukratywnymi. Wynalazek sekurytyzacji, swapy na stopie procentowej i CDS-y znacznie zwiększyły wolumen transakcji. Pełnoletnia i coraz bardziej bogata populacja inwestowała coraz więcej pieniędzy w papiery wartościowe, korzystając z IRA i 401(k) plan. To wszystko razem znacznie zwiększyło możliwości zysku w sektorze finansowym (rys.).

 

sg16_rys07

 

Od 1973 do 1985 r. sektor finansowy nigdy nie osiągnął większego niż 16-proc. udziału w całości zysków korporacyjnych. W 1986 r. było to już 19 proc., a w latach 90. udział sektora finansowego oscylował pomiędzy 21 a 30 proc. Ale to nie koniec wspinaczki - w tej dekadzie zyski sięgnęły 41 proc.! Płace w sektorze finansowym też gwałtownie wzrosły. Od 1948 do 1982 r. średnie wynagrodzenie w sektorze finansowym oscylowało pomiędzy 98 a 108 proc. średniej płacy w przemyśle. Ale już od 1983 r. płace finansistów poszły ostro w górę, osiągając 181 proc. w 2007 r.

 

Wielkie bogactwo, jakie wykreował i skoncentrował sektor finansowy dało bankierom nadzwyczajne polityczne wpływy - siłę nie notowaną od czasów J.P. Morgana, kiedy to bankowa panika z 1907 r. mogła być zastopowana tylko przez skoordynowaną akcję prywatnych bankierów, bo żaden organ rządowy nie był jej w stanie efektywnie przeciwdziałać.

Czas „pierwszej dominacji" bankowej oligarchii skończył się wraz z Wielkim Kryzysem, czas „drugiej" - trwa...

 

Korytarz Wall Street - Waszyngton

 

Stany Zjednoczone są jedyne w swoim rodzaju. Mają najbardziej na świecie zawansowaną gospodarkę, najsilniejszą armię, najnowocześniejsze technologie, ale także - najpotężniejszą oligarchię. Obecny amerykański sektor finansowy zyskał wpływ na polityczną władzę przez utrwalenie się w zbiorowej świadomości pewnego stereotypu. Kiedyś mówiło się: co jest dobre dla General Motors jest dobre dla Stanów Zjednoczonych. W czasie ostatniej dekady ukształtowało się podejście: co jest dobre dla Wall Street jest dobre dla kraju.

System bankowo-ubezpieczeniowy stał się jednym z najbardziej wpływowych uczestników politycznych kampanii wyborczych, ale swoich wpływów nie musiał kupować, jak robiły to firmy tytoniowe czy wojskowe. On po prostu korzystał z faktu, że gracze w Waszyngtonie byli przekonani, iż wielkie instytucje finansowe i wolny przepływ kapitału są kluczowe dla pozycji Ameryki na świecie.

 

Jednym z kanałów wpływu stał się dodatkowo swoisty przepływ kadrowy między Wall Street a Waszyngtonem. Robert Rubin, wcześniej współzarządzający w Goldman Sachs, został potem ministrem skarbu za Clintona, a następnie - przewodniczącym CitiGroup executive committee. Henry Paulsen z kolei, z CEO w Goldman Sachs trafił na stołek ministra skarbu w rządzie George'a W. Busha. John D. Snow - poprzednik Paulsena - został szefem zarządu Cerberus Capital Management, wielkiej prywatnej firmy, w której także Dan Quayle wchodzi w skład zarządu. Alan Greenspan, po opuszczeniu Fed, został konsultantem w Pimco - największym graczu na międzynarodowym rynku obligacji.

 

Te personalne powiązania i roszady, zwielokrotnione na niższych szczeblach trzech ostatnich administracji, umocniły powiązania pomiędzy Wall Street a Waszyngtonem. Stało się wręcz normą dla pracowników Goldman Sachsa, że po opuszczeniu swoich wcześniejszych stanowisk, przechodzili do administracji rządowej. Taka praktyka dodatkowo pomagała w kreowaniu wizerunku Goldman Sachsa jako kuźni profesjonalnej kadry przyszłej służby publicznej.

Wall Street jest miejscem nęcącym, przesiąkniętym zapachem władzy. Jego egzekutywa święcie wierzy, że kontroluje wydarzenia na świecie. Gdy pracowałem w MFW uderzyło mnie, jak łatwo czołowi finansiści uzyskiwali dostęp do najwyższych przedstawicieli rządu. I jaki mieli wpływ na ich karierę. Pamiętam np. zebranie w 2008 r., na którym przewodniczący ze swadą perorował, że najlepszym przygotowaniem do stanowiska szefa banku centralnego jest dla kandydata wcześniejsza praca w banku inwestycyjnym.

Cała generacja polityków została namaszczona przez Wall Street i utwierdzona w przekonaniu, że cokolwiek powiedzą banki - jest zawsze prawdą.

 

Ach, to ryzyko...

 

Ben Bernanke powiedział w 2006 r.: „Zarządzanie ryzykiem rynkowym i kredytowym stało się wzrastająco trudne... Banki w dwóch ostatnich dekadach mają znaczące osiągnięcia w mierzeniu i zarządzaniu ryzykiem".

Była to iluzja. Regulatorzy rynku, legislatorzy i niemal wszyscy akademicy sądzili, że menedżerowie banków wiedzą, co robią. Okazało się, że nie wiedzieli. Dział produktów finansowych AIG odnotował w 2005 r. 2,5 mld dolarów zysku przed opodatkowaniem, głównie sprzedając kompleksowo niedoszacowane ubezpieczenia w papierach wartościowych, których sensu nie rozumiał. Opisywano to jako „podnoszenie monety tuż przed walcem parowym". Taka strategia może być zyskowna w zwykłych, normalnych latach, ale jest katastroficzna w złych. Od ostatniego upadku AIG ma aktualnie wymagane ubezpieczenia na więcej niż 400 mld dolarów w papierach. Do dzisiaj rząd ratując firmę przekazał około 180 mld dolarów w inwestycjach i pożyczkach. Straty były wynikiem wymyślnych modeli, które miały gwarantować wyłącznie sukces.

 

Uwodzicielska siła Wall Street miała niezwykłą siłę rażenia na profesorów finansów i ekonomii. Gdy coraz częściej w praktycznych finansach stosowano matematykę finansową, ich pozycja znacząco rosła - stawali się konsultantami lub partnerami finansowych instytucji. Myron Scholes i Robert Merton - obaj laureaci Nagrody Nobla - byli być może najbardziej sławni. W roku 1994 objęli stanowiska w zarządzie hedge fund Long Term Capital Management, zanim fundusz ten głośno upadł przed końcem dekady. Ale wielu innych poszło podobną drogą. Ta migracja dała pieczęć akademicką rozrastającemu się światu wielkich finansów.

 

Kult finansów przesiąknął też do szeroko rozumianej kultury. Książki takie, jak „Barbarians at the Gate", „Wall Street" czy „Bonfire of the Vanities" - wszystkie pomyślane jako ostrzegawcze - posłużyły tylko do wzrostu mistyki Wall Street. Michael Lewis odnotowując ten paradoks stwierdził, że kiedy w roku 1989 napisał „Liar's Poker", to przypuszczał, że książka może sprowokować wybuch gniewu na Wall Sreet za opisywaną zarozumiałość i ekscesy bankowego establishmentu. Okazało się, że autor został zasypany listami od czytelników, którzy chcieli dowiedzieć się, czy może przekazać im jakieś inne sekrety o rynku. „Oni czytali moją książkę jak podręcznik" - skomentował zgorszony M. Lewis.

 

Nawet przestępcy z Wall Street, jak Michael Milken i Ivan Boesky, stali się „bohaterami naszych czasów". W społeczeństwie, które celebruje ideę pomnażania pieniędzy, łatwo o wniosek, że to, co jest w interesie sektora finansowego, jest równoznaczne z interesem kraju. A także, że finansiści wiedzą lepiej co jest dobre dla Ameryki, niż urzędnicy w Waszyngtonie. Wiara w nieskrępowany rynek finansowy zmieniła się w konwencjonalną mądrość, przekazywaną na stronach „The Wall Street Journal" i objawianą w Kongresie. Wszystko to zrodziło politykę deregulacyjną, która dziś może budzić zdumienie. Wymieńmy jej elementy:

  •  nacisk na wolny przepływ kapitału przez granice państw;
  •  odwołanie regulacji, ukształtowanych po Wielkim Kryzysie (oddzielenia banków komercyjnych i inwestycyjnych);
  •  porzucenie przez Kongres regulacji credit default swaps;
  •  znaczne zwiększenie dźwigni finansowej, dozwolonej bankom inwestycyjnym;
  •  „lekki" nadzór Securities and Exchange Commission nad rynkiem;
  •  międzynarodowe porozumienie pozwalające samym bankom mierzyć ich pozycje ryzyka;
  •  niepowodzenie, w skali międzynarodowej, uaktualniania regulacji, co ułatwiało wprowadzanie innowacji finansowych.

 

Nastrój, który w Waszyngtonie towarzyszył realizacji takiej polityki był czymś pomiędzy nonszalancją, a otwartą celebracją. Można było czasami odnieść wrażenie, że tam naprawdę myślą, iż nieokiełznane finanse mogą przyspieszać gospodarkę w nieskończoność.

 

Oligarchia i kryzys

 

Nie tylko oligarchia finansowa i polityka rządu wywołały kryzys finansowy. Wiele innych czynników też odegrało swoją rolę: włączając w to przesadne zapożyczanie się przez gospodarstwa domowe i brak standardów na krańcach finansowego świata. Nie można jednak nie zauważyć, że to większe banki komercyjne i inwestycyjne - także fundusze hedgingowe prowadzone przez te banki - były największymi beneficjentami bliźniaczej bańki mieszkaniowej i inwestycyjnej, to one korzystały z każdego wzrostu woluminu i wartości transakcji kredytowych, zawieranych na względnie małej bazie realnych fizycznych aktywów.

 

Cały czas pożyczki były sprzedawane, paczkowane, sekurytyzowane i powtórnie sprzedawane, banki brały wynagrodzenie za transakcje, a fundusze hedgingowe, kupując te papiery wartościowe, powtórnie brały coraz większe opłaty, a ich aktywa rosły. Ponieważ każdy stawał się bogatszy, a kondycja gospodarki zależała tak bardzo od wzrostu wartości nieruchomości, to nikt w Waszyngtonie nie miał bodźca do kwestionowania tego, co się działo. Przeciwnie - przewodniczący Fed, Alan Greenspan, i prezydent George W. Bush z naciskiem twierdzili, że gospodarka jest fundamentalnie zdrowa, a ryzyko właściwie dystrybuowane i bezpiecznie rozpraszane.

 

Latem 2007 r. pojawiły się objawy nierównowagi. Boom kredytowy wytworzył taką masę długu, że nawet mały wstrząs gospodarki mógł spowodować duże problemy. Zwiększające się opóźnienia w płatnościach kredytów subprime wykazywały, że istnieje jakieś wąskie gardło.

 

W finansowej panice rząd musi działać zarazem szybko i zdecydowanie. Głównym problemem jest niepewność - w naszym przypadku niepewność co do tego, czy największe banki mają wystarczające aktywa, aby pokryć swoje zobowiązania. Półśrodki, połączone z chciejstwem (wishful thinking) i postawą „poczekamy, zobaczymy" nie przezwyciężą niepewności. Im dłużej trwa reakcja, tym dłużej niepewność wpływa na przepływ kredytu, zaufanie konsumenta, co w konsekwencji paraliżuje gospodarkę. Ale główne cechy reakcji rządu na kryzys to zwłoka, brak transparentności w podejmowaniu decyzji i brak woli (niechęć?), żeby naruszyć pozycje sektora finansowego.

 

Tę reakcję władz dobrze oddaje formuła „polityka przez transakcje". Departament Skarbu i Fed tworzą programy pomocowe przez weekend i ogłaszają w poniedziałek, że wszystko jest na dobrej drodze. W marcu 2008 r. Bearn Stearns został sprzedany JP Morgan Chase, co wyglądało jak podarunek. We wrześniu zobaczyliśmy sprzedaż Merrill Lynch Bankowi of America, pierwszy program pomocowy dla AIG i przejęcie, a potem natychmiastową sprzedaż Washington Mutual JP Morgan - wszystko to było zorganizowane przez rząd. A potem 9 wielkich banków zostało dekapitalizowanych za zamkniętymi drzwiami w Waszyngtonie.

Niektóre z tych transakcji mogły być rozsądną odpowiedzią na sytuację. Ale nigdy nie było jasne - i ciągle nie jest - jaki splot interesów wchodził w grę. Departament Skarbu i Fed nie działają według publicznie określonych zasad, ale organizują jakąś transakcję i ogłaszają, że jest to najlepsze rozwiązanie w danej sytuacji.

 

W dotychczasowych działaniach rządu reagującego na kryzys szczególnie wyraźna jest ostrożność i dbałość, żeby nie naruszyć interesów instytucji finansowych. We wrześniu 2008 r. Henry Paulsen poprosił Kongres o 700 mld dolarów na wykup toksycznych aktywów od banków - bez żadnego uzasadnienia i prawnych podstaw. Większość obserwatorów podejrzewała, że celem było przepłacenie za te aktywa i uwolnienie banków od problemu. Być może nie było politycznej akceptacji dla tak jawnego subsydiowania i dlatego plan w tej wersji został odłożony na półkę. Zamiast tego pieniądze użyto do zdekapitalizowania banków, kupowania udziałów na warunkach wyraźnie je faworyzujących. Kiedy kryzys pogłębiał się i instytucje finansowe potrzebowały większej pomocy, rząd stawał się coraz bardziej kreatywny w wypracowywaniu sposobów zaopatrywania banków, zbyt skomplikowanych, żeby opinia publiczna mogła je zrozumieć.

 

Pierwsza pomoc dla AIG, przeprowadzona na względnie poprawnych warunkach dla podatnika, została powtórzona jeszcze trzykrotnie, na warunkach znacznie bardziej przyjaznych dla AIG. Drugi program pomocowy dla Citigroup i Bank of America zawierał kompleksową gwarancję dla aktywów, zakładającą ubezpieczenie poniżej ceny rynkowej. Trzeci program pomocowy dla Citigroup zakładał konwersję uprzywilejowanych akcji gwarantowanych przez rząd na zwyczajne akcje, po cenie znacząco wyższej niż rynkowa - subsydiowanie, które większość czytelników „Wall Street Journal" od razu by zauważyła (skonwertowane akcje uprzywilejowane, które Departament Skarbu kupi wg FSP, daje opcje konwersji dla banku, nie dla rządu).

 

Nawet pozostawiając na stronie uczciwość wobec podatników trzeba stwierdzić, że podejście rządu do banków w aksamitnych rękawiczkach nie wpłynie na zmianę zachowań sektora finansowego. Sektora przyzwyczajonego do prowadzenia interesów na własnych zasadach i to w czasie, kiedy właśnie to zachowanie musi się zmienić.

 

Wyjście w sytuacji bez wyjścia

 

Sektor bankowy jest chory i obecnie zagraża powrotowi gospodarki do zdrowia. Żeby wkroczyć na ścieżkę sanacji, konieczne jest przywrócenie równowagi politycznej; siła polityczna sektora finansowego tworzy bowiem swoistą zaporę utrudniającą prowadzenie polityki mającej na względzie cele publiczne.

Od momentu rozpoczęcia kryzysu, wielkie banki tylko wzmocniły swoją pozycję polityczną. Ten pozorny paradoks łatwo wytłumaczyć. Ponieważ system finansowy okazał się kruchy, upadek wielkich banków okazał się dużo groźniejszy niż w tzw. zwykłych czasach. Banki wykorzystują ten strach i robią dzisiaj korzystne interesy z Waszyngtonem. Bank of America otrzymał swój drugi bail-out po tym jak zagroził, że może mieć trudności po akwizycji Merrill Lynch.

W pewien sposób rząd przejął kontrolę nad systemem bankowym. Są gwarantowane zobowiązania największych banków i banki są jedynym obecnie dostępnym źródłem kapitału.

 

W międzyczasie Fed przejął na siebie podstawową rolę w dostarczaniu kapitału do gospodarki - funkcję, którą powinien wypełniać system bankowy. Są jednak granice, w zakresie których Fed może działać samodzielnie. Konsumenci i biznes są nadal zależni od banków, które mają jednak dziury w bilansie i brak im bodźców do udzielania pożyczek. A rząd nie ma praktycznie kontroli nad decyzjami, które zapadają w bankach i nad tymi, którzy je podejmują.

 

Źródłem problemów banków są wielkie straty na papierach wartościowych i portfelu pożyczek. Banki nie chcą jednak zidentyfikować i pokazać wszystkich strat, ponieważ skończyłoby się to ich bankructwem. Tak więc wolą nabrać wody w usta i... prosić o kolejne transze zasilenia, które i tak są zbyt małe, żeby je uzdrowić, ale wystarczające, żeby umożliwić przeżycie (banki nie chcą zresztą ujawnić pełnej wysokości koniecznej pomocy).

Jest to zachowanie korozyjne. Chore banki nie prowadzą tradycyjnej działalności (gromadząc uzyskane pieniądze w bilansach) i prowadzą desperacką grę na wysoko ryzykownych pożyczkach i inwestycjach, które mają dużo przynieść, ale mogą też nie przynieść nic. W ten sposób banki kreują destrukcyjne błędne koło. Aby je przerwać, rząd powinien był już na początku wymusić od banków informacje o skali ich problemów. Zamiast tego Departament Skarbu próbuje negocjować z bankami programy pomocowe i zachowuje się tak, jakby to banki trzymały wszystkie asy w ręku - kontrolując warunki transakcji z rządem w celu zminimalizowania jego uprawnień (w tym wynikających z częściowego przejęcia przez rząd własności akcji) i ograniczenia wpływu rządu na strategię i działalność operacyjną. W takiej sytuacji oczyszczenie bilansów banków jest praktycznie niemożliwe.

 

Widmo nacjonalizacji

 

Taka terapia oczywiście nie zakłada permanentnej własności państwa. MFW - wspierający koncepcje czasowej nacjonalizacji - sugeruje zarazem, żeby ustalić standardy dla działań w tym zakresie FDIC (Federal Deposit Insurance Corporation), którego interwencja będzie miała podstawowe znaczenie dla procedur sanacyjnych. Taka ścieżka pozwoli rządowi zneutralizować (wipe out) wpływ pozostałych akcjonariuszy banków, zastąpić kiepskie zarządy, a następnie sprzedać z powrotem swoje udziały sektorowi prywatnemu. Mocną stroną takiego rozwiązania jest możliwość szybkiego rozpoznania problemu i w konsekwencji - wprowadzenia programu naprawczego zanim sytuacja się pogorszy.

 

Rząd powinien mieć możliwość przeglądania bilansów i identyfikacji tych banków, które w trudnej sytuacji mogą nie przeżyć. Banki powinny stanąć przed alternatywą: albo dokonają odpisu problematycznych aktywów, wyceniając je „true value", a następnie pozyskają dodatkowy kapitał w ciągu 30 dni, albo zostaną przejęte przez rząd. W tym drugim przypadku odpisane zostałyby toksyczne aktywa, rozpoczęto by procedurę naprawczą pod nadzorem sądu (receivership), a odpisane aktywa trafiłyby do osobnego podmiotu, który starałby się wycisnąć z tych aktywów, ile się tylko da. Po takich zabiegach oczyszczone banki, zdolne do bezpiecznej działalności kredytowej - mogące teraz odzyskać zaufanie na rynku - wystawione zostałyby na sprzedaż.

 

Operacja z megabankami będzie bardziej kompleksowa i dla podatników droższa. Zdaniem MFW całkowity koszt uzdrowienia amerykańskiego sektora bankowego to ok. 1,5 bln dolarów. Ale dzisiaj tylko zdecydowana akcja rządu może uzdrowić sektor. Do przełknięcia będzie lekarstwo gorzkie, ale konieczne.

 

Drugim wyzwaniem, przed którym stają Stany Zjednoczone, jest problem oligarchii finansowej, który jest równie ważny i podobnie wymaga natychmiastowego rozwiązania, jak problem zatoru kredytowego. W tym przypadku sugestia MFW jest prosta: należy złamać wpływy oligarchii. Przerost instytucji finansowych daje nieproporcjonalny ich wpływ na politykę. Dotyczy to szczególnie wielkich banków, wobec których ukształtowała się opinia, że są za duże, żeby upaść. Nacjonalizacja, a potem prywatyzacja mogłaby tego nie zmienić. Bo też usunięcie zarządu, który doprowadził do kryzysu i zastąpienie go innym - zmieni tylko personalny skład oligarchii. Żeby się tak nie stało, należałoby wielkie banki sprzedawać w częściach - podzielone terytorialnie lub według typu biznesu. Natomiast banki, które pozostały w prywatnych rękach powinny podlegać ograniczeniom co do wielkości.

 

Taka terapia może z pozoru wyglądać na toporną i arbitralną, ale jest to najlepszy sposób ograniczenia władzy poszczególnych instytucji w sektorze, co ma podstawowe znaczenie dla całej gospodarki. Oczywiście niektórzy będą się skarżyli na „utracone koszty efektywności" systemu, który uległ fragmentacji. Zgoda - takie koszty wystąpią, ale one będą niczym w porównaniu z poniesionymi już kosztami trwania w doktrynie: „zbyt duży, żeby upaść". Finansowa broń masowej destrukcji już wybuchła i nic takiego nie może dalej istnieć.

 

Żeby zapewnić taki mechanizm w przyszłości i zapobiec pojawieniu się ponownie niebezpiecznym potworom, musimy przejrzeć nasze ustawodawstwo antytrustowe. To prawo, stworzone 100 lat temu w walce z przemysłowymi monopolami, nie rozwiąże obecnych problemów. A te w sektorze finansowym nie polegają wyłącznie na tym, że konkretna firma może mieć zbyt duży udział w rynku czy wpływ na ceny. Rzecz w tym, że jedna firma lub wiązka firm wzajemnie powiązanych i od siebie zależnych może - przez upadek - zachwiać całą gospodarką.

 

Polityka fiskalnego stymulowania prowadzona przez administrację Baracka Obamy nawiązuje do działań z czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta, choć wiele przemawia za tym, że powinniśmy raczej nawiązać do walki z trustami z czasów prezydentury Theodora Roosevelta. Nałożenie ograniczeń na wynagrodzenia zarządów może brzmieć populistycznie. Ale nie powinniśmy się tym zrażać, gdyż może to pomóc przywrócić równowagę i zapobiec rośnięciu nowej oligarchii. Główna atrakcja Wall Street polega na możliwości zarobienia szokującej ilości pieniędzy. Limitowanie tych możliwości mogłoby pomóc zredukować ten nimb sektora finansowego i sprowadzić go do jednego z wielu sektorów gospodarki.

 

Bezpośrednie limitowanie wynagrodzeń wygląda niezręcznie, szczególnie w dłuższym okresie. Ale większość pieniędzy zarabia się w nie podlegających regulacji prywatnych hedge fund i prywatnych firmach obracających akcjami, tak więc obniżenie wynagrodzeń byłoby skomplikowane. Regulacja i opodatkowanie powinny być częścią rozwiązania. Na razie największe wysiłki należałoby skierować na większą przejrzystość działań i konkurencję - takie działania powinny zmniejszyć wynagrodzenia i zyski w sektorze. Tym, którzy będą podnosić, że to zmniejszy aktywność i konkurencyjność naszego sektora w stosunku do innych krajów, możemy bez obaw powiedzieć: i bardzo dobrze.

 

Dwie drogi

 

Gdyby USA były krajem, który przychodzi do MFW z czapką w ręku - nie byłoby większego problemu. Większość kryzysów rynków szybko rozwijających się - po zaleconej kuracji - skończyło się szybko i równie szybko nastąpiło ozdrowienie. Nie ma jednak prostej analogii między Stanami Zjednoczonymi a rozwijającymi się rynkami.

Kraje rozwijające się dopiero dotknęły bogactwa i w skali globalnej są słabeuszami. Kiedy w krajach tych pojawiają się kłopoty - nie ma pieniędzy, przynajmniej zagranicznych walut - muszą one podjąć trudne decyzje i po jakimś czasie zdecydowana akcja jest nagradzana. Sytuacja w USA jest odmienna, ponieważ kraj ten korzysta z przywileju płacenia zaciągniętych zagranicznych długów pieniędzmi, które sam może drukować. Taki przywilej działa usypiająco, ale nie jest to sytuacja zdrowa. Obecny kryzys zadziałał pod tym względem otrzeźwiająco i pierwsze próby zerwania z przeszłością - włączając w to przejęcia i wyczyszczenie wielkich banków - wskazują, że sytuacja się zmieniła. Jeśli zaś chodzi o ścieżkę sanacyjną, to prawdopodobne są dwa scenariusze.

 

Pierwszy, to reperowanie bank po banku, kontynuacja programów pomocowych, jak ten z Citigroup i AIG. Rząd nadal będzie działał w bałaganie i zamieszanie będzie rosło. Boris Fiodorow, były minister finansów Rosji, który przez prawie 20 lat walczył z oligarchią, korupcją i nadużywaniem władzy, zwykł mówić, że zamieszanie i chaos są dobre dla interesów ludzi o dużych wpływach - pozwala im prowadzić różne interesy, legalnie lub nie, ale zazwyczaj bezkarnie. Kiedy inflacja jest wysoka, to kto naprawdę może powiedzieć, ile warta jest dana część majątku? A kiedy kredyty są uzależnione od bizantyjskich praktyk i ustaleń w gabinetach, to skąd możesz wiedzieć czy nie zostałeś oskubany? Uwagi rosyjskiego ministra warto potraktować jako przestrogę, gdyż nasza przyszłość mogłaby być taka jak tych krajów, gdzie zamieszanie jest nieustanne.

 

Drugi scenariusz może się skończyć podobnie, ale daje przynajmniej nadzieję, że uciekniemy spod noża. To byłoby tak: globalna sytuacja gospodarcza pogarsza się, systemy bankowe Europy Wschodniej upadają i - ponieważ banki wschodnioeuropejskie są w większości własnością banków Europy Zachodniej - usprawiedliwiony strach przed bankructwem państw rozprzestrzenia się na całym europejskim kontynencie. Wierzyciele podejmują kroki dyscyplinujące i zaufanie dalej spada. Sytuacja w gospodarkach Azji eksportujących wyroby przemysłowe pogarsza się, podobnie jak sytuacja eksporterów w Ameryce Łacińskiej i Afryce. Dramatyczne pogorszenie globalnego otoczenia powoduje, że gospodarka USA, już kulejąca, pada na kolana. Założenie bazowego wzrostu, jaki przyjmuje rząd do projektu budżetu, okazuje się wysoce nierealistyczne. Obiecujące wyniki „scenariusza stresu", którego Departament Skarbu użył do ewaluacji odporności banków, stają się teraz źródłem kłopotów.

 

Dopiero pod taką presją - stając przed groźbą narodowego i globalnego załamania - umysły decydentów mogą stać się bardziej otwarte na poszukiwanie rozwiązań. Konwencjonalna mądrość elit nadal zakłada, że bieżąca recesja nie może być tak duża, jak ta z czasów Wielkiego Kryzysu lat 30. - ponieważ świat jest teraz bardziej wzajemnie powiązany. A przecież dzisiaj jesteśmy świadkami zsynchronizowanego spadku w prawie wszystkich krajach, słabnie zaufanie do instytucji, które bez zaufania stają się tylko fasadami, a rządy niemal na całym świecie nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić z finansami publicznymi.

Sanacja systemu bankowego jest niezbędnym, być może pierwszym krokiem. Może nasi przywódcy wreszcie się obudzą. A wtedy możemy być świadkami dramatycznej akcji w systemie bankowym i przewietrzenia starych elit.

Miejmy nadzieję, że nie przyjdzie to za późno.

 

 

Opracowanie: prof. Tomasz Gruszecki, profesor w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim



Simon Johnson

profesor w Sloan School of Menagement (MIT), w latach 2007-2008 - główny ekonomista MFW


<< powrót

KONTAKT

Zadaj nam pytanie a nasz ekspert skontakuje się z Tobą w najbliższym czasie

NASZE BIURA

Sprawdź gdzie w Polsce znajdziesz nasze biura
ARCHIWUM

WYSZUKIWARKA

Wpisz poniżej szukane słowo lub frazę
Wyszukiwanie zaawansowane
Biuletyn

Kategoria
Autor

Źródło

SUBSKRYPCJA

Chcesz otrzymywać najnowsze informacje o naszych szkoleniach? Zapisz się!

SZKOLENIA

NASI PARTNERZY