BDO Spółki Giełdowe nr 10 (11) Październik 2009

A   A   A

Rynki wschodzące mają większy potencjał

(Źródło: Parkiet)

 

Już od mniej więcej dekady twierdzi Pan, że więcej zarobi się, inwestując na giełdach rynków wschodzących, niż lokując na rynkach rozwiniętych. Co jest dziś argumentem na poparcie takiej tezy?

Rynki wschodzące przede wszystkim mają przed sobą lepsze, w porównaniu z rynkami rozwiniętymi, perspektywy wzrostu. To te pierwsze teraz są i dalej będą motorem globalnego rozwoju gospodarczego. Weźmy na przykład Chiny. Rozmiar tamtejszego rynku w połączeniu z rozmiarem jego handlu międzynarodowego stwarza ogromny potencjał wzrostu, z którego korzystają nie tylko same Chiny, ale i ich partnerzy handlowi - zarówno inne rynki rozwijające się, jak i rozwinięte. Ponadto rynki wschodzące podczas ostatniego kryzysu ucierpiały w znacznie mniejszym stopniu niż rozwinięte. Stało się tak głównie dlatego, że nie zostały dotknięte problemem ryzykownych kredytów w systemie bankowym, ponieważ nie potrzebowały zewnętrznego finansowania i same zaspokajały potrzeby kredytowe swoich mieszkańców.

 

Mówi Pan głównie o fundamentach gospodarek. A co z giełdą? Na przykład brazylijski indeks Bovespa zyskał od ostatniego dołka już blisko 150 proc. Tamtejsza giełda wciąż ma potencjał dużego wzrostu?

W perspektywie pięciu lat na pewno tak. Ale czy w ciągu, powiedzmy, miesiąca - trudno powiedzieć. Jednak ja zawsze podkreślam, że inwestowanie na rynkach wschodzących ma sens jedynie z co najmniej pięcioletnim horyzontem inwestycyjnym. Jeżeli chodzi o Bovespę, rzeczywiście ten indeks sporo wzrósł, ale pociągnięty został do góry po prostu przez część spółek. My niekoniecznie je kupujemy. Choć uważam, że na przykład koncern paliwowy PetroBras, którego akcje relatywnie sporo zyskały ostatnio na wartości, w perspektywie pięcioletniej może dać jeszcze sporo zarobić.

 

Dziś stawia Pan na BRIC, czyli Brazylię, Rosję, Indie i Chiny. Które z tych giełd dziś są najbardziej atrakcyjne dla inwestorów?

Numerem 1 są dla mnie dziś Chiny, za nimi Indie, potem Brazylia i na końcu Rosja.

 

W funduszu BRIC, którym Pan zarządza, znajduje się tyle samo spółek z każdej z tych giełd. Czy manewruje Pan alokacją między nimi?

Jesteśmy aktywnymi zarządzającymi. Dostosowujemy alokację do naszych prognoz i przewidywań. Teraz na przykład spółki chińskie stanowią około 35 proc. naszego portfela. Z kolei rosyjskie - ok. 12 proc.

 

Co Panu nie podoba się dziś w rynku rosyjskim?

Chodzi głównie o bardzo wysoką, a ostatnio chyba rekordową, korelację pomiędzy cenami ropy naftowej a RTS, indeksem moskiewskiej giełdy. Obecnie brakuje mi w Rosji innych motorów wzrostu poza tym „paliwowym". Pozostałe rynki z BRIC oferują więcej możliwości i przez to dają większy potencjał zarobku.

 

Jaka jest oczekiwana stopa zwrotu z funduszu DWS BRIC w perspektywie pięciu najbliższych lat?

Myślę, że można spodziewać się podwojenia kapitału w ciągu trzech lat. W długim okresie potencjał zysku to średnio ok. 20 proc. rocznie. Nasz fundusz istnieje około 3,5 roku. W tym czasie przyniósł zysk rzędu 60 proc.

 

Jak dużo aktywów DWS ma ulokowane na giełdach rynków rozwijających się?

W ogóle w akcjach mamy ulokowanych około 80 mld euro. Z tego na rynkach wschodzących około 15 mld euro.

 

Porozmawiajmy o rynkach rozwiniętych. Jak Pan sobie wyobraża odchodzenie tych krajów od programów stymulacyjnych? Jak będą wyglądały te gospodarki i ich rynki po tym, gdy rządy wycofają się ostatecznie z udzielania pomocy?

Są dwa rodzaje programów stymulacyjnych dla gospodarek: te, które wiążą się z jednorazowym zastrzykiem kapitału, i te, które wiążą się z długofalowymi projektami. Podejrzewam, że jeszcze długo rządy będą ponosiły spore wydatki związane z tym drugim rodzajem programów. Może to potrwać nawet trzy-cztery lata. Zbyt wczesne wycofanie się z nich groziłoby kolejną falą problemów.

 

Czy problemy, które stanowiły źródło ostatniego kryzysu, zostały rozwiązane? Czy sektor bankowy i rynek nieruchomości zostały wyleczone?

Banki wyczyściły większość swoich bilansów. Wciąż jednak jest trochę przestrzeni, choć niewiele, do następnych odpisów. Myślę jednak, że świat po tym kryzysie będzie miał do dyspozycji mniejszą paletę skomplikowanych instrumentów finansowych, będzie się mniej zadłużał. To pozwala myśleć, że źródło pożaru zostało ugaszone. Trzeba jednak pamiętać, że coś za coś. Przez to wzrost gospodarczy może być nieco wolniejszy. Chociażby dlatego, że biznes sekurytyzacyjny czy windykacyjny nie będzie się już tak prężnie rozwijał, jak ostatnio.

 

Który scenariusz dla świata jest bardziej prawdopodobny: inflacja czy deflacja?

Nie wierzę w scenariusz deflacyjny. Mnóstwo rządów ma spory deficyt w swoim bilansie. Najprostszy sposób dla polityków na walkę z zadłużeniem, to inflacja. Gdy ceny rosną, rządy mają ostatecznie mniej w ujęciu realnym do spłacenia. Ostatnio presja na spadek cen brała się w dużej mierze z niskich kosztów produkcji, np. w Chinach. Ale te koszty nie będą spadać w nieskończoność. Jestem zdania, że są blisko dna.


<< powrót

KONTAKT

Zadaj nam pytanie a nasz ekspert skontakuje się z Tobą w najbliższym czasie

NASZE BIURA

Sprawdź gdzie w Polsce znajdziesz nasze biura
ARCHIWUM

WYSZUKIWARKA

Wpisz poniżej szukane słowo lub frazę
Wyszukiwanie zaawansowane
Biuletyn

Kategoria
Autor

Źródło

SUBSKRYPCJA

Chcesz otrzymywać najnowsze informacje o naszych szkoleniach? Zapisz się!

SZKOLENIA

    Nie znaleziono szkoleń
NASI PARTNERZY